Wyobraź sobie chłodny poranek w skandynawskiej osadzie sprzed tysiąca lat. Nad fiordem unosi się mgła, a z długiego domu Wikingów wydobywa się dym z paleniska. Domownicy budzą się przed wschodem słońca. Dzień będzie długi – jedni wypłyną na połów ryb, inni zajmą się polami, bydłem lub przygotowaniami do kolejnej wyprawy. Zanim jednak rozpoczną pracę, trzeba zjeść śniadanie.
Na ogniu od świtu bulgocze gliniany garnek. W środku gotuje się gęsta owsianka z jęczmienia i owsa. Gospodyni miesza ją drewnianą łyżką, dodając odrobinę masła i kwaśnego mleka. Dla dzieci dorzuca garść suszonych jagód, a dla dorosłych kilka orzechów laskowych. Nie ma cukru ani egzotycznych przypraw – słodyczy dostarcza jedynie miód, cenny dar pszczół.
Po posiłku rybacy wypływają na zimne wody fiordu. Ich łodzie wracają z dorszami, śledziami i łososiami. Część ryb zostanie zjedzona tego samego dnia, ale większość trafi do suszenia lub wędzenia. Dzięki temu będzie można ją przechowywać przez wiele miesięcy i zabrać w dalekie morskie wyprawy.
Na pobliskich polach dojrzewają jęczmień, żyto i owies – zboża, bez których trudno wyobrazić sobie życie Wikingów. Z ich ziaren powstają kasze, chleby i piwo. Chleb nie przypomina puszystych bochenków znanych dzisiaj. Jest płaski, ciemny i sycący, pieczony na rozgrzanych kamieniach lub w prostych piecach.
W zagrodach pasą się owce, kozy, świnie i krowy. Zwierzęta dostarczają nie tylko mięsa, lecz także mleka, z którego wyrabia się sery, twarogi, masło i kwaśne napoje. Mięso jada się rzadziej niż ryby – najczęściej podczas świąt lub po udanym polowaniu. W lasach można spotkać jelenie, dziki, łosie i zające, a myśliwi wracają czasem również z dzikim ptactwem.
Po południu w domu znów rozpalany jest ogień. Do dużego kotła trafiają kawałki mięsa lub ryb, kapusta, cebula, por, groch, bób i rzepa. Potrawa gotuje się powoli przez wiele godzin, nabierając głębokiego smaku. Całość doprawiana jest koperkiem, kminkiem, gorczycą, jałowcem i ziołami zebranymi na okolicznych łąkach. Każdy dostaje miskę gorącego gulaszu i kawałek świeżo upieczonego chleba.
Lato przynosi bogactwo lasów. Kobiety i dzieci zbierają maliny, borówki, jeżyny i poziomki. W sadach dojrzewają jabłka i śliwki. Część owoców zjada się od razu, lecz wiele zostaje wysuszonych, aby zimą przypominały smak ciepłych dni.
Największą troską jest jednak przygotowanie zapasów. Ryby wiszą pod dachami, gdzie suszy je wiatr znad morza. Mięso trafia do wędzarni, sery dojrzewają w chłodnych pomieszczeniach, a warzywa przechowuje się w ziemiankach lub poddaje kiszeniu. Dzięki temu nawet podczas długiej i mroźnej zimy rodzina nie pozostanie głodna.
Od czasu do czasu cała osada zbiera się na wielkiej uczcie. W długim domu płoną pochodnie, a na stołach pojawiają się pieczone udźce wieprzowe, jagnięcina, ryby, sery, chleby oraz misy pełne owoców. W drewnianych kubkach i rogach krąży piwo oraz miód pitny. Rozbrzmiewają pieśni opowiadające o odważnych wojownikach, dalekich wyprawach i bogach czuwających nad ludźmi Północy.
Tak wyglądała kuchnia Wikingów – prosta, ale niezwykle pomysłowa. Opierała się na darach morza, polach pełnych zbóż, mleku od hodowanych zwierząt oraz owocach i ziołach zbieranych w lasach. Nie było w niej ziemniaków, pomidorów, kawy ani czekolady. Była za to bliska naturze i podporządkowana rytmowi pór roku, dzięki czemu przez stulecia pozwalała mieszkańcom surowej Skandynawii przetrwać nawet najcięższe zimy.

